W Szkole Podstawowej nr 4 nie tylko pracowałam, ale też mieszkałam. Szkoła była wyposażona w wiele pomocy naukowych, ale ja zapamiętałam najbardziej dwie "pomoce", które znajdowały się w kancelarii szkolnej.

     Pierwsze z nich to było duże liczydło. Początkowo wszystko zliczało się na nim; między innymi plan budżetu, arkusze inwentaryzacyjne, pobory nauczycieli i obsługi, itp. Liczydło miało jeden mankament, jeden drut z dziesiątkami wysuwał się z oprawy przy energiczniejszym przesuwaniu i cały słupek liczb trzeba było zliczać od początku. Przy odejściu z kancelarii do biblioteki wręczono mi liczydło, bo nikt już na nim nie umiał liczyć.

    Drugą pomocą był powielacz. Najpierw całą treść pisma trzeba było napisać na woskowej matrycy, po wyłączeniu z maszyny taśmy piszącej . Matryce musiały być zarejestrowane i przechowywane razem z jedną odbitką pisma. Następnie drukarkę smarowało się czarną mazią. Jak smaru było za dużo, litery zalewały się, jak było za mało, matryca nie odbijała treści. Odbite kartki musiały wyschnąć. Najgorzej było umyć ręce po takiej pracy. Smar był prawie niezmywalny. Najwięcej z powielacza korzystali matematycy, bo ułatwiały testy i klasówki.